Pucharowe rozkminki 2018/19 – I runda, Gandzasar Kapan

Pucharową przygodę zaczniemy rywalizacją z drużyną z Armenii.

   

W nowym sezonie ponownie zagramy w europejskich pucharach. Zaczynamy jak zawsze niepozornie, od totalnego zadupia na przeklętym Kaukazie. Niestety finał tegorocznej edycji odbędzie się również na tym gorącym terenie, w dobrze nam znanym... Baku, czyli stolicy Azerbejdżanu.

Generalnie każdy wie, że nie mamy wielkich szans na dostanie się do fazy grupowej, a wyzwaniem będą dla nas same eliminacje, wszak cztery rundy przebrnęły dotychczas nieliczne kluby. Klub jest też w takim dole organizacyjnym i sportowym, że większość kiboli nie nastawia się na nic więcej niż najbliższa runda. Tradycyjnie przed losowaniem mogliśmy się rozmarzyć, gdzie chcielibyśmy pojechać. Było kilka fajnych opcji do połączenia z wakacjami, było kilka bliskich punktów, gdzie można by sprawnie dojechać i zaliczyć europejski wyjazd za Lechem. Oczywiście Jagiellonia trafiła portugalskie Rio Ave, natomiast my po raz piąty w historii pojedziemy na Kaukaz tym razem na mecz z:

Gandzasar Kapan z Armenii

Pierwszy mecz rozegrany zostanie przy Bułgarskiej, 12 lipca, o g. 20:45 zaś rewanż odbędzie się w Erywaniu, 19 lipca, o g. 17:00 czasu polskiego (19:00 lokalnego)

Oczywiście wyjazdowe informacje, jedyne oficjalne, pewne i sprawdzone, będą podawane w wątku wyjazdowym na forum. Tam jest też temat zbiorczy o wyjazdach w Europie, gdzie wrzucane są już też informacje o naszych potencjalnych przeciwnikach w II rundzie. Oficjalnie biletów na mecz w Armenii dla kibiców Lecha nie będzie, bo za pirotechnikę odpaloną na naszej ostatniej pucharowej wyprawie - do Utrechtu - UEFA cofnęła zgodę na sprzedaż puli biletów dla nas na kolejny wyjazdowy mecz. To jest taki uefowski odpowiednik zakazu wyjazdowego, który oczywiście nijak nie powinien przeszkodzić nam w obejrzeniu meczu z Gandzasarem w Erywaniu normalnie z trybun - po prostu wejdziemy na bilety dla gospodarzy. Tymczasem my zapraszamy na tradycyjną przedwyjazdową rozkminkę, i przedstawienie rywala.

Dojazd

Wizyta w Armenii będzie naszą piątą w rejonie Kaukazu. Po czterech wyjazdach do Azerbejdżanu pora na kolejne państwo z tego zakątka Azji, bo geograficznie tam właśnie leży Armenia. Podobnie jak w przypadku meczu z Xəzərem Lənkəran w 2008 roku, nie zagramy na stadionie rywala, tylko w stolicy kraju. Samo miasto Kapan nie będzie nas więc za bardzo interesować.

Do Erywania mamy około 4200 kilometrów droga lądową, aczkolwiek na nią raczej nikt się nie zdecyduje. Kiedyś do Azerbejdżanu jeden z tworzących naszego zina i stronę poleciał samolotem, a wrócił autostopem, ale tym razem chyba już nikt na podobny wyczyn się nie porwie. Pozostają samoloty, połączenie bezpośrednie do Erywania jest z Warszawy, można też lecieć do Gruzji i stamtąd dostać się do Armenii, z Polski z przesiadkami można lecieć także przez Kijów, a nawet… Dubaj. Opcji lotniczych trochę więc jest, ale w związku z wiadomymi względami oraz zmieniającymi się cenami nie ma sensu ich podawać.

Od stycznia 2013 roku Polacy mogą podróżować do Armenii bez konieczności wyrabiania wizy, ale z ważnym paszportem pół roku po przekroczeniu granicy. Armenia posiada wspaniałe walory przyrodnicze i wiele atrakcji turystycznych cały czas jednak przegrywają z przeżywającą prawdziwy boom wakacyjny Gruzją.

Miasto

O mieście Kapan wspomnimy tylko z obowiązku, bo w sytuacji gdy nie będzie rozgrywany tam mecz, zupełnie nie ma tam po co jechać. Znajduje się ono około 300 kilometrów na południowy wschód od Erywania i leży blisko granicy z Iranem. Liczy niecałe 50 tysięcy mieszkańców, położone jest w rejonach górskich, także widoków byłoby całkiem sporo, jednak nie ma się co oszukiwać, że jest to zabita dechami, zapyziała kaukaska dziura, gdzie bez meczu jechać mógłby tylko zakręcony fanatyk-podróżnik. Nam natomiast w zupełności wystarczy stolica kraju, w której odbędzie się mecz.

Jeśli chodzi o Erywań to na początek należy wyjaśnić podstawową kwestię - gramy właśnie w Erywaniu, nie w Erewaniu, Jerewaniu, czy innym Erewanie, jak bardzo często - błędnie - podają media sportowe przy okazji na przykład meczów Polskiej Reprezentacji.

Erywań jest już całkiem konkretnym miastem, zamieszkiwanym przez ponad 1,2 miliona ludzi.

Komunikacyjnie najlepiej poruszać się marszrutkami, czyli busikami, znanymi chociażby z wizyty na Ukrainie. Ciekawostką w tej dziedzinie jest metro, które jeździ na jednej linii składającej się z10 stacji.

O samym Erywaniu Pezet śpiewał w jednym z kawałków Smutne miasto w cieniu Araratu i faktycznie, o ile stolica Armenii nie jest jakoś szczególnie piękna i nie ma nie wiadomo jakich zabytków, o tyle ma wyjątkowy klimat.  Niesamowite wrażenie robi Ararat, czyli święta góra Ormian (uważają, że Arka Noego osiadła na jej zboczach), widoczna z wielu punktów miasta jak i jego okolic, majestatyczna i dumna.

Do tego stopnia uwielbiana, że w sumie wszystko jest w Armenii nazwane Ararat – banki, sklepy, piwa, papierosy i kultowy koniak, nazywany ormiańską brandy.

Sami dacie się porwać jego magii, gdy obejrzycie go w pełnej okazałości z ponad 300-metrowego wzgórza, czyli najpopularniejszego kompleksu architektonicznego Erywania  - Kaskad (nazwa pochodzi od fontann, które spływają na kształt kaskady).

Całość to 572 schody z białego porfiru, zdobionych kwietnikami, fontannami, rzeźbami i charakterystycznymi dla Armenii chaczkarami (kamiennymi płytami z rzeźbionym krzyżem ormiańskim). Określane są jako  jeden z "najdziwniejszych i najbardziej spektakularnych budynków muzealnych na świecie” i faktycznie ciężko się z tym nie zgodzić, jeśli do tego dodamy radziecką myśl technologiczną. Na uczczenie 50-lecia radzieckiej Armenii władze zgodziły się na tak ogromne przedsięwzięcie budowlane. Ale jak to bywa skończyło się na pomyśle, który w starciu z rzeczywistością dał typowy przykład przerostu formy nad treścią - Kaskady do dziś są niedokończone. Polecamy, żeby wybrać się na sam szczyt, ominąć groźne napisy Dangerous i wdrapać się na niedokończoną konstrukcję hotelu, z którego rozpościera się cudowny widok na całe miasto, Ararat i wielką dziurę w ziemi. W zachodniej, wypucowanej Europie czegoś takiego z pewnością nie znajdziecie. Pieniądze na budowę się skończyły, więc druty i beton stoją tak od ponad 30 lat i nikt się tym nie przejmuje. Z innych miejsc warto odwiedzić Plac Republiki (wcześniej Lenina), gdzie znajduje się budynek Rządowy i Narodowa Galeria Sztuki, a także najsłynniejsza fontanna, która sezonie wygrywa znane melodie i ubarwia plac kolorowymi iluminacjami.

Nieświadomi tego, że los rzuci nas w znów do Erywania, odwiedziliśmy go już podczas majówki stąd kilka wskazówek:

  • 1 złotówka to około 130 dram ormiańskim (ADM) czy odwrotnie 1000 dram to niecałe 7,5 złotego, najlepiej wymienić sobie złotówki na euro lub dolary, a na miejscu zaopatrzyć się w lokalną walutę,
  • zarówno w bankach jak i w kantorach ceny wymiany są bardzo podobne, o dziwo także na lotnisku (po prawej, gdy miniecie już salę przylotów jest kantor z korzystnym kursem),
  • w Armenii jak to na Kaukazie cały czas aktualny jest kult targowania, także nie łapcie się pierwszą lepszą cenę, szczególnie przy negocjacji taksówek,
  • szczególnie polecamy knajpę Caucas Tavern (1st Floor, 82 Hanrapetutyan St, Yerevan 0010) polecona nam przez lokalnego taksiarza, będzie dużo lepszym wyborem, niż Tavern Yerevan  (5 Amiryan St, Yerevan 0010), osławiona na TripAdvisorze. Bez klienteli w krawatach, czynna całą dobę, a do tego serwująca lokalne pyszności w niskich cenach (po przeliczeniu na nasze oczywiście),
  • Armenia słynie ze wspomnianego koniaku, a w Erywaniu znajduje się jego Muzeum – wstęp na zwiedzanie i degustację to 4500 dram (około 35 złotych), opinie czy warto są różne, ale należy pamiętać, że wcześniej trzeba zapisać się na konkretną godzinę.

Poza powyższymi w Erywaniu warto także zobaczyć Błękitny Meczet, targowisko/bazar Pag Shuga, a jak ktoś spędzi poza meczem trochę więcej czasu w Armenii to warto wybrać się poza stolicę nad jezioro Sewan, nazywane Ormiańskim Morzem.

Wartym odwiedzenia miejscem jest także monument Tsitsernakaberd, upamiętniające ofiary rzezi Ormian, czyli ludobójstwa dokonanego przez Turcję, która na zawsze podzieliła obydwa graniczące ze sobą państwa.

Klub

Gandzasar Kapan to szósta mutacja klubu, który powstał pod nazwą Lernagorc Kapan. Losy klubu i zmiany jego nazwy to temat tak zawiły, że nie bardzo chce nam się to opisywać, a poza tym jakie to ma kurwa znaczenie?  Obecna nazwa i klub funkcjonują od 2004 roku. Jak można przeczytać w Internecie klub został reaktywowany przez kierownictwo Zangezurskiego Kombinatu Miedzi i Molibdenu. Nie wiemy czy coś może mieć bardziej siermiężną nazwę, ale chyba wiemy wreszcie gdzie nakręcono ten filmik:

Sama nazwa Gandzasar jest już bardziej poetycka bo oznacza w wolnym tłumaczeniu "górę skarbów".

W sezonie 2009/10 Ormianie zadebiutowali w europejskich pucharach, kiedy w dwumeczu II rundy Ligi Europy zebrali baty 0:8 z holenderskim NAC Breda. Od tamtego czasu klub grał w pucharach jeszcze trzykrotnie, a obecny sezon będzie jego piątym na kontynentalnej scenie. Największy sukces to przebrnięcie I rundy eliminacji Ligi Europy w sezonie 2012/13. W I rundzie pokonali wówczas islandzki Felagsdeildin EB/Streymur, by w kolejnej ulec Szwajcarom z Servette FC Genewa.

Największymi sukcesami klubu są wicemistrzostwa w sezonie 2011 i 2016/17 oraz Puchar Armenii zdobyty w kampanii 2017/18.

Poza tym klub ma ciekawy herb z misiem który wdrapuje się na piłkę a w ryju trzyma jakiś złoty klucz - zapewne do skarbca z owej góry skarbów. Misia zapewne już dawno okradli z kluczyka i zjedli, oby taki sam los czekał Ormian w wykonaniu nas i naszej drużyny, oczywiście mowa o "zjedzeniu" ich w sensie boiskowym.

Inną ciekawostką jest skład drużyny Gandzasaru. Oprócz lokalsów, rusków i Słowaków, rywal straszyć nas będzie zawodnikami z Libanu, Kolumbii (zawsze groźne nazwisko Angulo), Haiti, a także Zambii (pomocnik o imieniu Lubambo) i Wybrzeża Kości Słoniowej (napastnik, z kolei dla zmyły o nazwisku Bamba). Trudno pojąć jak gracze z tych zakątków świata trafiają do dziury przy granicy ormiańsko-irańskiej, ale patrząc na ten egzotyczny kwintet na pewno trzeba mieć się na baczności w starciu z Gandzasarem.

A tak na bardziej poważnie to ormiański klubik jawi się jako jeszcze słabszy rywal niż odprawiony przez nas z rekordowym kwitkiem macedoński FK Pelister, rok temu.

Oficjalna strona internetowa klubu (nie działa od 5 lat)

Profil na facebooku

I krótkie info, jakbyście chcieli wysłać im pocztówkę, albo zadzwonić i im naubliżać:

Adres:

ul. Shinararner

13304

Kapan

Armenia

Tel.: +374 (28) 522 811

Data założenia: 30 lis 1962

Stadion

Tak jak wspomnieliśmy w Kapanie nie zagramy, także ominie nas wątpliwa przyjemność odwiedzenia tego miasta. Nie zobaczymy więc stadionu Gandzasaru, który został zbudowany (albo raczej ktoś znalazł kawałek klepiska między dwoma wałami ziemnymi) w 1963 roku.

 

Ma pojemność 3500 osób i przeszedł renowację w 2008 roku, ale tak naprawdę to jest po prostu ładnie położonym boiskiem otoczonym jakimiś ruinami i nieużytkami.

Mecz zostanie rozegrany w Erywaniu na obiekcie, na którym swoje mecze rozgrywa też reprezentacja Armenii. Nosi on nazwę Hanrapetakan Stadion, czyli tłumacząc na normalne Stadion Republikański. Stadion nosi też imię Vazgena Sargsyana, czyli premiera Armenii, który został zastrzelony w zamachu w 1999 roku.

Obiekt mieści 14403 kibiców, chociaż 14 lat temu na meczu eliminacji z Hiszpanią zanotowano 16000 widzów.

Zbudowano go w latach 1933-35, a do dnia dzisiejszego przeszedł 3 renowacje i przebudowy.

Adres obiektu:

65 Vardanants St, Yerevan 0070, Armenia (65 Վարդանանց փողոց, Երևան 0070)

Stadion jest położony raczej blisko centrum:

Kibice

Gandzasar Kapan posiada małą grupkę sympatyków. W Kapanie przychodzi na mecze 1000-1500 osób, ale na mecze w Erywaniu chodzi zazwyczaj 100-150 osób. Nie tworza oni żadnej zorganizowanej grupy, nie ma też śladu i dowodów na jakiekolwiek kibicowskie zorganizowanie sympatyków Gandzasaru. Najprawdopodobniej możemy spodziewać się kilkudziesięciu osób na meczu zainteresowanych Gandzasarem, chyba że to nasz klub wśród mieszkańców Erywania wzbudzi większe zainteresowanie.

***

Jak zawsze, niezależnie od destynacji pamiętać należy o naszych zasadach wyjazdowych (podobnie jak w każdym momencie gdy reprezentujecie Lecha Poznań) i być na oriencie cały czas.