FC Salzburg – Lech Poznań, 16.12.2010

Nie mamy szczęścia - trafienie w losowaniu którejś z topowych kibicowsko ekip w Europie urasta do miana mission impossible. Także w fazie grupowej Ligi Europy nie mieliśmy wielkich powodów do entuzjazmu - marzenia o prawdziwej rywalizacji na trybunach z godnym siebie rywalem trzeba odłożyć przynajmniej na wiosnę przyszłego roku.

Jeśli jednak i Juventus Turyn i Manchester City prezentują sobą jakąkolwiek wartość, to trzeci z naszych grupowych przeciwników - FC Salzburg - to już kompletna porażka. Historii tego piłkarskiego eksperymentu nie warto po raz kolejny przytaczać, jeśli jednak miałbym się pokusić o wskazanie esencji mod€rn futbolu, to austriackie skórokopy zwane Red Bullem miałyby na ów tytuł wielkie szanse. Tak się akurat złożyło, że pojedynek z klubem, który żadnego fanatyka zelektryzować nie jest w stanie, przypadł po najważniejszych rozstrzygnięciach sportowych. Po meczu z Juve pewnym było, że sensacyjnie wychodzimy z grupy. Brak jakiegokolwiek ciśnienia na wynik ułatwił więc odsianie wszelkiej maści kibiców sukcesu chcących przyklejać się do naszego klubu w czasach prosperity.

Ostateczne do Austrii, sławić Kolejorza w Europie i dobrze się bawić pojechało 1200 Lechitów. Połowa grudnia to slaby czas na granie w piłkę, ale to także niezbyt sprzyjający moment na wojaże. Atak zimy w Europie spowodował totalny paraliż na drogach. Podróż autami wydłużyła się dla wielu o dobre kilka godzin. Istniało tez poważne ryzyko, że ci co przecenili swoje i czeskich drogowców siły nie dotrą na mecz w ogóle. Ostatecznie różnymi sposobami stawiliśmy się w alpejskim mieście w komplecie.

Salzburg przywitał nas bardzo mroźną, ale słoneczną pogodą. Suche, górskie powietrze nie było nieprzyjemne i ochoczo ruszyliśmy w miasto na zwiedzanie. Przepięknie położony Salzburg został przez nas dokładnie zbadany, na czele z Twierdzą Hohensalzburg – zamkiem-fortecą, znajdującym się na wzgórzu ponad starym miastem. Jest to jeden z największych zamków w Europie. Widząc naszą grupę austriacki strażnik liczył już euro które trzeba było zapłacić za zwiedzanie, jednak zamiast tego mógł tylko podziwiać nasze umiejętności sportowe dowiedzione przy zgrabnym skakaniu przez barierki. Twierdza fajna, ale zdecydowanie wejście na nią nie było warte opłaty, także po krótkiej wizycie zeszliśmy nieniepokojeni na dół. Potem kroki wszystkich kierowały się już do centrum, gdzie mieliśmy zebrać się jedną grupą i razem udać na mecz.

Zbiórka wyznaczona została w Augustiner Bräu Mülln - zabytkowej drewniano-murowanej piwiarni na… 1600 osób. Bardzo klimatyczna miejscówka, której osobliwe możliwości wykorzystaliśmy w pełni.

To zdecydowanie najdziwniejsze z miejsc, w których się zbieraliśmy podczas europejskich podróży, nic więc dziwnego, ze kilkunastominutowe wariactwo zostanie zapamiętane na długo. Przeszczęśliwe pyski każdego-od początkujących wyjazdowiczów po tych z najdłuższym stażem - to najwłaściwszy opis tych minut spędzonych wspólnie. Kibicowska rodzina, żadnych przypadkowych osób - czysty fanatyzm. Z każdą odpaloną racą mordy cieszyły się coraz bardziej A tych rac odpaliliśmy tam naprawdę sporo-kolejno lądowały w kuflach gaszone w zimnym piwie. Pirotechnika w takiej ilości zrobiła swoje - cały lokal zadymiony plus nasze głośne śpiewy podniosły znacząco temperaturę. Przekonkretna chwila! Warto dodać, ze wychodząc w drzwiach minęliśmy wezwaną na interwencję brygadę strażaków w pełnym rynsztunku bojowym. Nie było chyba systemu alarmowego, który pozostałby obojętny na nasze ”ekscesy”, co idealnie puentuje cale zajście Poznański Styl! Cześć z nas na stadion udała się podstawionymi autobusami, ci bardziej wytrwali kontynuowali zabawę podczas przemarszu. Już wówczas nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że te kilka minut w zabytkowej piwiarni stanowiło właściwa kwintesencję tego wyjazdu i wręcz dla nich warto było tłuc się 1000 kilometrów przez zaspy i śniegi.

Po samym meczu cudów nikt się nie spodziewał. Przecieki mówiły o sprzedanych… 4 tysiącach biletów, co najlepiej świadczy o kondycji kibicowskiej tworu z Salzburga. Oby tego typu przykłady wybiły z głowy podobne eksperymenty oderwanym od rzeczywistości wizjonerom z najwyższych pięter biurowców. Na około 30 minut przed pierwszym gwizdkiem sędziego na trzydziestotysięcznym obiekcie, oprócz nas, było może 300 osób. Szykowała się powtórka z Sankt Gallen.

Salzburg - Lech, 16.12. 2010 (2)

Ostatecznie na mecz pofatygowało się około 5 tysięcy widzów, jasnym więc było, że - jak na głównych aktorów widowiska przystało - musimy godnie pokazać nasz styl kibicowania. Tak też, pomimo przenikliwego mrozu, się stało.

Salzburg - Lech, 16.12. 2010 (5)

Salzburg - Lech, 16.12. 2010 (4)

Oprócz głośnego śpiewu (szczególnie w drugiej połowie dawaliśmy radę) zaprezentowaliśmy oprawę z wykorzystaniem flag i balonów. Po raz pierwszy w tym pucharowym sezonie pojawiło się też piro i to od razu w sporej ilości! Z kronikarskiego obowiązku dodam, ze miejscowi coś tam próbowali dopingować z pomocą swoich dwóch (sic!) drobnych młynów.

Salzburg - Lech, 16.12. 2010 (3)

Wyjazd, mimo iż bez większego znaczenia sportowego okazał się bardzo fajnym i w sumie efektownym zakończeniem roku. Nie ma chyba nikogo, kto wydarzeń z Salzburga nie wspomina z sympatią. W piątek jeszcze losowanie, które większość z nas śledziła w trasie bądź to na telefonach, bądź w TV - korzystając z uprzejmości właścicieli lokali rozsianych wzdłuż trasy.

Salzburg - Lech, 16.12. 2010 (1)

Salzburg - Lech, 16.12. 2010 (6)

Salzburg - Lech, 16.12. 2010 (7)

Ostatecznie wylosowaliśmy portugalską Bragę, więc jeszcze podczas podróży powrotnej zaczęła się pisać historia kolejnego wyjazdu. Długie dyskusje co i jak prowadziły nas już do domu. Godnie zakończyliśmy szalony rok 2010. Rok, podczas którego świętowaliśmy mistrza, potem piłkarsko podupadliśmy w lidze, ale zaliczyliśmy piękną europejską przygodę, pokazując się konkretnie na stadionach od Manchesteru po Baku.