FK Haugesund – Lech Poznań, 13.07.2017

Za nami drugi wyjazd w sezonie, po wyprawie do Macedonii, tym razem los rzucił nas do Norwegii.

Mecz na południowym krańcu Europy, w dalekiej Strumicy i spotkanie na północnej rubieży w małej miejscowości Haugesund dzielił tylko tydzień. Miasta dzieli zaś, nakrótszą lądową trasą licząc, ponad 3 tysiące kilometrów. Mimo to, 59 fanatyków Kolejorza podążyło do Norwegii, aby wspierać Lecha w pucharowym boju. Na sektorze wywiesili 2 flagi: czarną „Lech Poznań” i wyjazdówkę fanklubu z Koła. Poza tym na sektorze widniały także płótna upamiętniające śp. Damiana i Grzegorza.

Do Norwegii dotarliśmy już w środę o 11-tej lotem z Gdańska, a na pokładzie było jeszcze kilku fanatyków Kolejorza. Większość kiboli leciała w czwartek, a wśród nas byli również lecący z Anglii. Norwegia przywitała nas chłodnym wiatrem – zupełne przeciwieństwo do upalnej Strumicy – a różnica temperatur wynosiła 20 stopni Celsjusza. Dzień upłynął na rozejrzeniu się po mieście. Ceny w sklepach nie zachęcały do szaleństw, piwo na przykład kosztowało minimum 16 złotych. Miasteczko było zupełnie wyludnione, po półgodzinnej przechadzce z hotelu pod stadion i zrobieniu pamiątkowego zdjęcia wróciliśmy do hotelu.

W czwartek dotarła większość wyjazdowiczów, a my na mecz ruszyliśmy z trzygodzinnym wyprzedzeniem aby na mieście spotkać naszych braci po szalu lecących z Anglii. Tego dnia było już znacznie cieplej, miejscowi mówili, że dla nich to tropiki i tak ciepłe dni należą tu do rzadkości, mimo że było jedynie 18 stopni – mieliśmy więc spore szczęście do pogody. Po spotkaniu znajomych i wypiciu piwka w plenerze poszliśmy na główny bulwar miejski. Tam spotkaliśmy więcej znajomych sobie osób, które siedziały w pobliskich ogródkach, raczyły się piwem i korzystało z uroków tego ciepłego dnia.

W trakcie przechadzki spotkaliśmy wielu miejscowych Polaków, którzy pytali nas o możliwość wejścia na nasz sektor, co było kwitowane w sposób jednoznaczny. Część z nich była ubrana typowo na kadrę: szaliki i flagi „Polska”, te dodawane do piwa Tyskie, jednym słowem typowi Janusze, dobrze znani z domowych meczów kadry.

Na meczu prowadziliśmy rwany doping, czyli raczej ograniczaliśmy się do pojedynczych okrzyków. Obok naszego sektora zasiadły polonusy, którzy chyba pomylili mecze, śpiewali: Polacy gramy u siebie! lub – po stracie przez Lecha trzeciego gola – gramy do końca, Polacy gramy do końca!

Z kolei po bramkach strzelonych dla gospodarzy, prócz tego że irytował nas nachalny, norweski głos spikera, rozbawiał nas tutejszy folklor i jego okrzyk o treści mniej więcej: Dadadadada!, tak jakby chciał oddać odgłosy wystrzałów z kałacha. Gdy w końcu nasi piłkarze zaczęli odrabiać straty,  humorystycznie staraliśmy się skopiować okrzyk spikera.

To co działo się na boisku trochę nas zszokowało, ale końcowy wynik dał nadzieje, że odrobimy straty i pojedziemy na kolejny wyjazd już w III rundzie. Prawdopodobnie będzie to wizyta w holenderskim Utrechcie, która jeśli dojdzie do skutku, to zapowiada się bardzo ciekawie.

Po meczu powiedzieliśmy piłkarzom, że w rewanżu mają zagrać lepiej. Jeden z zawodników, Lasse Nielsen podszedł bliżej sektora i przybił z każdym piątki.

Po meczu trzymano nas jeszcze 15 minut, a potem większość z nas udała się do hotelu, aby zabrać rzeczy, część jeszcze do pobliskich pubów na browara, bo w sklepach już nie można było kupować alkoholu. Minusem pubu były ceny złotego trunku po około 40-50 złotych za 0,4l.

Następnego dnia większosć opuściła Norwegię, głównie lotem Haugesund – Gdańsk, ale też lotami z pięknego Stavanger, a emigranci wrócili na Wyspy.

Zamieszczamy także relację fanatyków z Koła:

Do Norwegii udajemy w 4 osoby w środę samolotem z Gdańska. Od razu po przylocie wynajmujemy samochód i udajemy się na południe Norwegii. Po drodze odwiedzamy Stavanger, gdzie zwiedzamy między innymi stadion miejscowych Vikingów.

Na stadionie spotykamy menedżera drużyny, który życzy nam powodzenia w meczu oraz określa swoje stanowisko odnośnie naszego rywala słowami Fuck Haugesund!

W końcu docieramy do małej wioski nad fiordami, gdzie mile przyjmują nas gospodarze domu, w którym mamy nocleg. W czwartek o 7 rano udajemy się na miejscowych wzgórz i po czterech kilometrach wędrówki docieramy do klifu Preikestolen.

Na miejscu robimy pamiątkowe zdjęcia, schodzimy na dół i udajemy się do Haugesund, gdzie docieramy około 17-tej. Meldujemy się na polu campingowym, gdzie jest już trochę wiary od nas. Potem mecz, a później grill i piwko. W piątek rano wróciliśmy do kraju.

***

W piątek odbyło się też losowanie III rundy. Co prawda wszyscy mieli w pamięci czwartkowy wynik, ale nadal nikt chyba nie stracił wiary, że na Bułgarskiej przechylimy szalę awansu na swoją korzyść. A grać jest o co, także w sensie kibicowskim. W następnej rundzie możemy trafić na zwycięzcę rywalizacji FC Valetta z FC Utrecht, z czego oczywiście wszystkich nas interesują ci drudzy. Oni też w pierwszym meczu szału nie zrobili, bo na Malcie wymęczyli bezbramkowy remis, jednak u siebie, podobnie jak my – powinni sobie poradzić. W korzystnym układzie wyników 27 lipca jedziemy więc do Holandii! Wcześniej, bo już jutro startuje liga, a na pierwszy ogień idzie beniaminek z Nowego Sącza.