İnter Baku – Lech Poznań, 13.07.2010

Kiedy los skazał nasz ukochany klub na pojedynki z İnterem Baku w II rundzie eliminacji Ligi Mistrzów, nie przyjęliśmy tego bynajmniej z entuzjazmem. Nasi fanatycy byli już bowiem w stolicy Azerbejdżanu w 2005 roku (przy okazji meczu w Pucharze Intertoto z Karvan İK Yevlax) i dwa lata temu, kiedy to Lech zaczynał swą udaną pucharową przygodę dwumeczem z Xəzərem-Lənkəran. Cóż było jednak robić, jak nie zacisnąć zębów (pasa), poszukać kredytu i udać się w kolejną długą pucharową podróż za Kolejorzem. Na wyjazd udaliśmy się dzięki pomocy klubu czarterowym samolotem w poniedziałek z samego rana, razem z piłkarzami i sztabem, choć znaleźli się także śmiałkowie, którzy drogę do Baku pokonywali lądem przez Gruzję, po doleceniu z Rygi do Tbilisi. Sama odprawa i podróż upłynęły dość spokojnie i w obie strony bez jakichś szczególnych komplikacji. Grafik mieliśmy za to napięty od momentu samego przyjazdu. Po rozlokowaniu się w kilku hotelach znajdujących się blisko siebie w centrum, większa część z nas (z wyjątkiem tych, którzy Baku już odwiedzili) udała się na wycieczkę po stolicy z przewodnikiem. Od razu trzeba napisać, że miasto robi spore wrażenie. Mimo, że zdarzają się jeszcze gdzieniegdzie relikty typowo sowieckie, przepych, rozmach i jego bizantyjski styl naprawdę robią wrażenie. Miasto przypomina jeden wielki plac budowy i trzeba zauważyć, iż znacznie rozwinęło się w ciągu ostatnich dwóch lat i że jest w zasadzie w pełni europejską metropolią, jakiej u nas szukać jeszcze próżno. Po obejrzeniu ważniejszych zabytków mieliśmy dosłownie chwilę na luzowanie się na głównym bulwarze. Posiedzieliśmy sobie zatem nad zbiornikiem ropy zwanym szumnie Morzem Kaspijskim, z którego spokojnie można by wprost zatankować do pełna jakiegoś Żuka czy Kamaza :) Nawdychani azerbejdżańskim „jodem” udaliśmy się na kolację, gdzie mieliśmy okazję skosztować miejscowych wiktuałów, wśród których sporym zainteresowaniem cieszył się brzoskwiniowy samogon. Po konsumpcji większa część z nas wsiadła do busów, które zatrzymaliśmy tuż przy bulwarze. W tym miejscu nastąpił chyba najlepszy moment wyjazdu. Spontanicznie udaliśmy się na jeden z placów bulwaru i jak na komendę zaczęliśmy głośne i donośne śpiewy. Stanowiliśmy chyba nie lada atrakcję dla miejscowych, bo z miejsca otoczyli nas wianuszkiem i zaczęli robić foty :) Potem z nieustannym śpiewem na ustach i po zdjęciu koszulek wróciliśmy do hoteli. Jeszcze na bulwarze dało się jednak odczuć, że w tym kraju służby mają cały czas sporo do powiedzenia (podczas oglądania Baku naszej grupie też dyskretnie towarzyszył przynajmniej jeden mundurowy), jednak na szczęście w tym przypadku prawie natychmiast sobie odpuścili i radiolka pojechała dalej, już nas nie niepokojąc. Jesteśmy też zgodni, że dla tego krótkiego momentu (którego nie zrozumie żaden nie-fanatyk) warto było poświęcić swój czas i kasę, za którą ze spokojem przez tydzień pobyczylibyśmy się w jakimś egipskim all-inclusiv’ie. Bezcenne. Po odświeżeniu się w hotelu (w Baku temperatura dochodziła do 40 stopni, by w nocy spadać do 30), zaczęła się akcja „Baku-by-night” i udaliśmy się już w mniejszych grupach na nocne rajdy taryfami po mieście i odwiedziny nocnych klubów (w jednym z nich na wejściu z głośników powitał nas… Liroy) wraz z kontemplowaniem wdzięków miejscowych białogłów :) Wszystko byłoby w porządku, gdyby nie to, że we wtorek większość miała zaplanowaną wycieczkę w góry Kaukazu, na którą busy ruszały o… 5 nad ranem! Nie trzeba dodawać, że zdecydowana większość dotarła na zbiórkę „na sam styk”, a część nie dotarła na nią w ogóle :-) Na miejsce dojechaliśmy po ok. 4 godzinach, choć siłą rzeczy niewielu pamięta wrażenia z samej jazdy. Fakt, że widoki za oknem naprawdę zapierały dech w piersiach (zwłaszcza 30-metrowe rozpadliny roztaczające się ok. 30cm za kołami autobusu). Sama górska wioska, która była celem podróży, nieco jednak rozczarowała, a może dało znać o sobie nasze zmęczenie tudzież prażące niemiłosiernie słońce (warto dodać, że w celu poszanowania miejscowej tradycji mieliśmy długie spodnie). Mieścinę zamieszkują miejscowi autochtoni w warunkach, które u nas śmiało określilibyśmy jako XIX-wieczne, widać jednak, że do wizyt turystów są w sumie przyzwyczajeni. Po ponad godzinie chodzenia po kaukaskich urwiskach wróciliśmy do Baku, gdzie mieliśmy jeszcze chwilę na ogarnięcie się przed meczem. Warto też dodać, że ci z nas, którzy nie pojechali w góry udali się na plażę, gdzie mieli okazję poleniuchować nad wodą już mniej przypominającą etylinę. Woda w Morzu Kaspijskim była do tego znacznie cieplejsza niż ta w polskich jeziorach, a nasi przedstawiciele rozegrali z Azerbejdżanami mecz piłki plażowej. İnter Baku - Lech Poznań, 13.07 (5) Na narodowym stadionie im. Tofika Bachramowa (mecz nie mógł zostać rozegrany na wynajmowanym przez İnter stadionie Shafa) meldujemy się bez jakiejkolwiek kontroli dobrą godzinę przed meczem. W przeciwieństwie do poprzedniej wizyty „dostajemy” teraz łuk stadionu. Na sektorze jest nas 87, zatem o trzy osoby więcej niż dwa lata temu. Z powodu braku sensownego ogrodzenia rozkładamy 14 flag (Lech Poznań, Fanatycy, UL’01, e-Lech’02, Legion Piła, Gniezno, Leszno, Koło, Nowy Tomyśl, Pobiedziska, Turek, Bnin, WiW on Tour, Lokomotywa) na krzesełkach. İnter Baku - Lech Poznań, 13.07 (8) Nasz doping… delikatnie pisząc w ziemię nie wgniatał. Można szukać usprawiedliwień w braku etatowych prowadzących, temperaturze (chociaż podczas meczu nie była wcale taka najgorsza, tzn. człowiek nie pocił się od samego stania w cieniu :-)), czy zmęczeniu, ale robić tego nie ma powodu, wszyscy wiemy, że mogło i w sumie powinno być choć trochę lepiej. İnter Baku - Lech Poznań, 13.07 (9) Gospodarze nas także raczej dodatkowo nie motywowali i również nie pokazali zgodnie z oczekiwaniami niczego ciekawego, mecz toczył się więc przez większą jego część w atmosferze sparingu. Prowokacji na „gołe klaty” tym razem nie było. Co ciekawe İnter miał trzy młyny, jeden to kibice İnteru, drugi kibice Galatasaray, a trzeci kibice w koszulkach Fenerbahce (mimo, że kibice tureckich klubów to oczywiście żyjąca w Azerbejdżanie turecka diaspora, kibole obu drużyn ze Stambułu siedzieli daleko od siebie :-)). Wspólnym mianownikiem była średnia wieku wszystkich trzech „ośrodków dopingu”, mianowicie 15-16 lat. İnter Baku - Lech Poznań, 13.07 (3) Kibice İnteru coś tam smętnie pozawodzili i pomachali balonikami, pod koniec meczu jedni Turcy krzyknęli „Galata!”, a ci z „młyna Fener” (cały mecz trzymali flagę „Inter-fans for ever”) odpalili trochę „piro” w stylu wkładanych u nas w tory świeczek. İnter Baku - Lech Poznań, 13.07 (2) Kopacze po wygranym meczu usłyszeli jeszcze, że mają się szybko wykąpać i zmęczeni-choć w bardzo dobrych humorach- udaliśmy się od razu na lotnisko. Po czterogodzinnym locie wypełnionym głównie drzemką, zameldowaliśmy się w Poznaniu w nocy z wtorku na środę, krótko przed drugą. Wróciliśmy z głębokim „podejrzeniem graniczącym z pewnością”, że z uwagi na wprowadzony przez UEFA kompletnie „z czapy” geograficzny podział na koszyki i na nieubłaganą statystykę, pewnie znów za dwa, trzy lata (pod warunkiem rzecz jasna regularnej gry Kolejorza w europejskich pucharach) w tamte rejony wrócimy. Większość już nie może się doczekać. :-)