Inter Mediolan – Partizan Belgrad, 25.10.2012

Pomysł tego wyjazdu zrodził się dość spontanicznie. Nudny dzień w pracy, dużo czasu przed kompem i rozkmina z koleżką gdzie by tu pojechać. Padło hasło "Liga Europy", po wizycie na u€fa.com najciekawszy i na miarę naszych możliwości wydawał się mecz Interu z Partizanem. Mimo początkowo braku wielkiego entuzjazmu z mojej strony (bardziej ciągnęło mnie gdzieś gdzie jeszcze nie byłem ;)) znalazłem loty z jednego z Polskich miast za 3 PLN (i to rano w dniu meczu), no i już wtedy było wiadomo, że okazji się nie omija.;) Powrotne loty wyszły troszkę drożej, głównie ze względu na to, że musieliśmy wracać dzień po meczu w Mediolanie, gdyż nasze kluby rozgrywały mecze w sobotę. Ruszamy aeroplanem w dniu meczu i tuż przed południem meldujemy się w słonecznym Bergamo. Piękna pogoda, mega klimatyczne włoskie miasto – wspaniała świadomość jak mały i ciekawy jest świat i jak niewiele potrzeba żeby coś fajnego zrobić i zobaczyć.:) Zaliczamy szybki spacer po Bergamo w poszukiwaniu stadionu Atalanty, do którego docieramy mijając niezliczone napisy na ścianach – szybkie wrzuty antypolicyjne, traktujące o wolności dla ultrasów, a także oczywiście chwalące Atalantę. Stadion ciekawy, wbitka oczywiście na pełnym janku jak zwykle z fartem.;) W Bergamo na tyle nam się podobało, że do Mediolanu udajemy się o godzinę później niż planowaliśmy i tym samym dopiero ok. 15.30 docieramy do włoskiej stolicy mody. Nauczeni doświadczeniem z dotychczasowych wizyt w Italii, szybkie zakupy alkoholowo-żywieniowe, bagaż na dworzec do przechowalni i śmigamy na Piazza Duomo zakupić bilety na mecz no i poobserwować centrum przed meczem. Okazuje się, że spóźniliśmy się i główna grupa Partizana opuściła już centrum miasta i udała się pod stadion. Próbujący coś kręcić Interniści podobno oddzielani skutecznie przez tych co zawsze. Mijając tylko jakąś skromną liczbowo grupkę belgradzkich casuals, udajemy się do metra i pod stadion. Pod wejściem na młyn Interu kilka setek ichnich ultrasów, którzy jak się dowiadujemy wchodzą dopiero na pierwszy gwizdek na stadion. Pojawia się również informacja o 50 milanistach na sektorze gości. Na trybunach meldujemy się na 15 min przed pierwszym gwizdkiem i zajmujemy miejsca na łuku, na skraju Curva Nord (bilety na prostą przerosły nasze finanse ;)). Inter, podobnie jak widziany parę lat temu Milan, zaczyna doping bardzo chaotycznie. Głośny równy początek śpiewu, by - po chwili, z braku nagłośnienia, bębnów – wszystko się rozjechało. Mają momenty naprawdę niezłe, głównie gdy cisną na sąsiadów zza miedzy. Ich doping koordynuje kilkanaście osób, wielu typów śpiewając salutuje na sposób rzymski, co od razu obudziło w nas skojarzenia z ich zgodowiczami z Lazio. Partizan, zajmujący sektor gości, który na San Siro na meczach Interu umiejscowiony jest na ostatnim piętrze na Curva Sud, dupy nie urywa. Po bliskości do dachu, oraz wyobrażeniu o tej pogrążonej w konfliktach ekipie, spodziewaliśmy się na pewno więcej. Mają momenty głośnego śpiewu, odpalają w pierwszej połowie jedną sztukę racy, co nas najbardziej zawiodło, bo spodziewaliśmy się po nich zabawy zbliżonej do tej pokazanej przez Hajduka kilka tygodni wcześniej na tym samym stadionie. W drugiej połowie Inter głośniejszy niż w pierwszej, na co główny wpływ miały falowe ataki piłkarzy z Mediolanu. Wiadomo, że we Włoszech boisko ma ogromny wpływ na doping. Partizan w drugiej połowie pali flagę Bośni oraz pod koniec meczu odpala 3 race. Poza tym często pozdrawiają Milan, co oczywiście podburza solidnie Inter i podkręca wymiany uprzejmości. Warto wspomnieć, że na trybunach San Siro zabrakło grupy Zabranjenych. Okazało się, że ci, którzy próbowali pojechać do Mediolanu nie zostali w ogóle wypuszczeni z Belgradu. Mimo wykupionych biletów, opłaconego transportu i noclegów, na miejscu zbiórki policja zablokowała im autokary. Auta cofano na granicy. Przed wyjazdem aresztowano pięciu głównych osób z Zabranjenych, których wakacje mogą potrwać od 3 do 12 lat. Stąd mimo dużej mobilizacji „Zabronionych” na tym meczu ich zabrakło. Wracając do meczu, w końcu w ostatnich minutach pada bramka dla Interu i zaczyna się fiesta, na którą czekaliśmy cały mecz. Kilka rac (rzucanych na glebę zaraz po odpaleniu) świece dymne i przede wszystkim szał fanatyków Interu – najciekawszy moment tego spotkania. Po meczu stadion bardzo szybko pustoszeje, pamiątkowe fotki i zawijamy do miasta. W centrum cisza i spokój, błąkając się po ulicach spotkane pojedyncze grupki raczej zwykłych wyjazdowiczów z Serbii, jedna z grup nawet się z nami wita, biorąc nas za rodaków.:) Jak pokazały filmiki w Internecie, Partizan z Milanem gdzieś tam się bawili. Nasza załoga standardowo delektuje się miejscowym trunkiem na głównym placu miasta po czym w nocy udajemy się na lotnisko do Bergamo gdzie śpimy „na ciężkiego rumuna” i wczesnym rankiem lecimy do Polski. W samolocie jeden z kolegów zalicza wesołe przygody żołądkowe, co reszcie składu daje dużo radości.;) Do Poznania docieramy pod wieczór, za sprawą popsutych torów kolejowych. Kolejne godziny na wyjazdowym szlaku, 22h spędzone we Włoszech pełne wspomnień i zdjęć w pamięci. Podsumuję cytatem, który chodził za nami przez cały wyjazd: „Świat jest nasz czas oswoić się z tą myślą, okazje masz – bierz przyjaciół i sprawdź to wszystko”.:)