Manchester City – Lech Poznań, 21.10.2010

Na drugi grupowy wyjazd w europejskich pucharach wybraliśmy się do kolebki futbolu, słynącej niegdyś z krewkich lads i niepowtarzalnej stadionowej atmosfery. Dziś realia nieco się zmieniły i to naszą misją było przywiezienie na Wyspy trochę szaleństwa i niepokorności. Piłkarsko nie bardzo mogliśmy liczyć na cokolwiek, udając się do czołowej, napompowanej arabskim sianem, ekipy jednej z najmocniejszych lig świata. Niby po cichu łudziliśmy się, że może jak z Juventusem uda się coś sensacyjnie urwać, ale były to raczej nieśmiałe marzenia. Co innego kibicowsko – tu mieliśmy pełne pole do popisu, bo w dobie mod€rn footballu, brytyjskie trybuny dużo rzadziej tętnią życiem, a my zamierzaliśmy wznieść na nie nieco ożywienia. Jeszcze przed wyjazdem sporo emocji budziła kwestia biletów dla licznych emigrantów z Wysp, którzy niekoniecznie będąc wcześniej fanami Kolejorza, zapragnęli obejrzeć z nami mecz na sektorze. Temat pojawiający przy niemali każdym wyjeździe pucharowym, ale racji ilości rodaków na Wyspach tu powrócił ze zdwojoną siłą. Oczywiście, wiele lamentów budził fakt, że mamy pewne zasady, które się nie zmieniają i jeździmy jako Kolejorz, a nie reprezentacja kraju, nawet gdy poza nami nie ma już innych ekip w pucharach. Na szczęście temat udało się ogarnąć bez większych zgrzytów, a zamieszkujący Wyspy Polacy zajęli najwyższy poziom na trybunie wschodniej. Zebrało się ich tam ok. 4 tys., na nasz sektor rozeszło się natomiast w sprzedaży w Poznaniu 2 tys. biletów. Znakomita większość kiboli wybrała drogę powietrzną, z praktycznie każdego miasta Polski i z różnymi opcjami przesiadkowymi po drodze, a dodatkowo lądem wyjechały także 4 autokary. MC - Lech, 21.10 (1) Większość naszej grupy dotarła do Anglii już w środę i w zależności od miejsca przybycia od razu podbijała na stadiony w Londynie lub w Liverpoolu, a w dniu meczu także i w samym Manchesterze. Obiekty Evertonu, Liverpoolu ani Man Utd. nie robią specjalnego wrażenia z zewnątrz, choć już przystadionowy sklep United przyprawia o zawrót głowy. Nasza wizyta pewnie ucieszyła miejscowych, bo przy okazji meczu lokalnego rywala, w sklepowych kasach zostało trochę funtów z pamiątek. Przy Old Trafford znajduje się również klubowa knajpa fantów Czerwonych Diabłów, co ciekawe przyozdobiona niemal wyłącznie obrazami i zdjęciami piłkarzy – nie ma chyba żadnego zdjęcia fanów. W ogóle można odnieść wrażenie, że futbol w Anglii kojarzy się w 99% z piłkarzami, chociaż z drugiej strony może nie jest to nienormalne, a my żyjemy w nieco innych realiach, niesamowitego poziomu prezentowanego przez rodzimych gwiazdorów. Podbijający do nas fani United rzucali najczęściej „fuckin’ crush them, mate” i zapewniali, że będą się cieszyć z naszego zwycięstwa bardziej niż my, bo tak „the Blues” nienawidzą. Ciekawe zapewnienie, skoro na mieście spotkać można było na zmianę typów w barwach obu ekip i bynajmniej nie wyglądali na spiętych czy krępujących się faktem noszenia barw w derbowym mieście. MC - Lech, 21.10 (3) Na 2 godziny przed meczem zgodnie z naszą świecką tradycją zajęliśmy centralny punkt miasta i przemaszerowaliśmy pod stadion. Miejscowi oczywiście nie tracili czasu i chętnie kręcili filmiki, choć trzeba przyznać, że ten przemarsz był chyba najsłabszym z dotychczasowych, głównie z powodu niezrozumiałego tempa narzuconego w przodzie kolumny. Miejscowa psiarnia była lekko przejęta wizytą „wschodnich barbarzyńców”, bo praktycznie każdy przejaw niesubordynacji z naszej strony wywoływał nerwowe okrzyki czy interwencję psów na koniach. Zapowiadało się zatem ciekawie, zwłaszcza, że już przed meczem dostaliśmy info, że dla własnego bezpieczeństwa mamy nie zmieniać miejsca zajmowanego na stadionie :) MC - Lech, 21.10 (5) Wejście na stadion było bardzo sprawne i zanim na obiekcie pojawił się choć jeden fan MC, nasz sektor był niemal pełen. Tam gdzie się dało wisiały fany, m.in. „Poznań” i „Fanatycy”. Próba stadionowej akustyki wyszła nieźle, ale prawdziwa jazda miała zacząć się wraz z pierwszym gwizdkiem. MC - Lech, 21.10 (2) Niestety, po mocnym początkowym uderzeniu, pierwsza połowa niespecjalnie nam wyszła. Nie pomogły na pewno dość szybko stracone bramki, ale zawiodła przede wszystkim komunikacja prowadzącego z resztą, brakowało zgrania z bębnem, a i repertuar był niezbyt dobrze dobierany. Chyba niepotrzebnie prowadzący dał się sprowokować dzielnym ladsom śpiewającym do nas zza pleców stewardów, bo pociski z naszej strony wychodziły dość słabo a jednocześnie psuły doping jako taki. Doping Anglików był natomiast taki, jak można było się tego spodziewać – ożywiali się głównie po golach, i to najczęściej dwa sektory po naszych bokach, a śpiewy nie trwały zbyt długo, za to były melodyjne i całkiem głośne. Szydzili też trochę z naszego skakania za bary czy odwracania się plecami do boiska, co potem wielokrotnie robili, ale jak się po meczu okazało – wielu z nich nasza zabawa się jednak podobała. MC - Lech, 21.10 (6) W przerwie doszło na szczęście do ogarnięcia w naszych szeregach, sensowniejszego umiejscowienia bębna i przebudzającej reprymendy prowadzącego. Efekt był taki, jak trzeba – „Do boju Kolejorz!” wyszło naprawdę dobrze, na stadionie aż dudniło. Chwilę potem, zupełnie niespodziewanie, padła bramka dla nas. Krzesełka z trudem wytrzymały – cóż to była za radość! Istne szaleństwo, warte każdego pensa wydanego na ten wyjazd. Wstąpił w nas nowy duch i jechaliśmy z konkretnym dopingiem, który świetnie niósł się po milczącym stadionie. Atmosfera była na tyle gorąca, że część naszej grupy, mimo wieczornego chłodu, pozbyła się koszulek. Na samo wspomnienie tego fragmentu meczu, morda sama się cieszy. Taka kwintesencja wyjazdowego kibicowania – zdarte gardła i wyplute płuca przy jednoczesnym uczuciu dumy i szczęścia. I to mimo niekorzystnego wyniku! Było naprawdę grubo, a Angole z bocznych sektorów głównie się w nas wpatrywali. Właśnie o to chodziło – pokazać zblazowanym momentami miejscowym, że choć piłkarsko nas leją, to kibicowsko jesteśmy na topie. Warto przy okazji odnotować, że bardzo dobrze wyszły okrzyki na dwie trybuny, z Polakami zasiadającymi na sąsiedniej trybunie. MC - Lech, 21.10 (7) Ostatni kwadrans był już nieco słabszy, a prowadzący znów niepotrzebnie wdał się w wymianę uprzejmości z lokalnymi bohaterami, chowającymi się za stewardami, gdy nastąpiło jakieś poruszenie w naszych szeregach. Mimo niekorzystnego wyniku, doping nie ustał jednak ani na moment. Pod koniec meczu zaprosiliśmy jeszcze Anglików do Poznania na rewanż, podziękowaliśmy piłkarzom za walkę i po kilkunastominutowym oczekiwaniu opuściliśmy stadion miejski w Manchesterze. Podsumowując ten wyjazd, trudno nie oprzeć się uczuciu pewnego rozczarowania. Co prawda w brytyjskich gazetach doceniono nasz doping, a kibole City na swoich forach wręcz zwariowali pisząc, że czuli się jakby byli na wyjeździe na własnym stadionie i że czegoś takiego, to jeszcze nie widzieli, ale szczególnie w pierwszej połowie mogliśmy i powinniśmy pokazać się lepiej, zwłaszcza oszczędzając średnioudanych anglojęzycznych wrzutów. Generalnie jednak było nieźle i bez fałszywej skromności można powiedzieć, że pokazaliśmy się z dobrej strony. A jeśli dodać do tego tradycyjną wyjazdową zabawę przed i po meczu w gronie sprawdzonych ziomków, to wyjazd z pewnością należy zapisać do udanych. MC - Lech, 21.10 (4)