RB Lipsk – Futebol Clube do Porto, 17.10.2017

Mała ilość meczów Lecha, a także ostatnie zakazy wyjazdowe dały nam więcej możliwości zabicia nudy przez odwiedzenie innych stadionów.

Martwy okres w meczowe atrakcje postanowiliśmy umilić sobie wyprawą na mecz poza Polską. Po sprawdzeniu terminarzy okazało się, że ciekawe spotkanie, ze znaną kibicowską marką odbędzie się - całkiem niedaleko naszego kraju - bo w niemieckim Lipsku. Był to mecz portugalskiego FC Porto ze sztucznym tworem koncernu RedBull, który po inwestycji w Austrii i USA, postanowił zepsuć komercją rynek niemiecki. Założony w Lipsku klubik w szybkim tempie dostał się z niemieckich lig regionalnych do Bundesligi i wywalczył awans do Ligi Mistrzów. W grupie trafił właśnie na Super Dragões i ten mecz był naszym celem, jako grupy groundhopperów, czyli piłkarskich turystów.

Z Poznania ruszyliśmy wcześnie rano, aby móc połazić po Lipsku i trochę pozwiedzać. Samo miasto ma kilka ciekawych zabytków, ładnych zakątków i zachowaną starą zabudowę, głównie dzięki temu, że najmniej ucierpiało pod koniec II wojny światowej w odwetowych bombardowaniach.

Podróż minęła szybko i sprawnie, wysiedliśmy w centrum a nasz środek lokomocji pojechał na parking pod stadion.

Przepiękna pogoda zachęcała do eksploracji miasta. Ruszyliśmy więc ochoczo i cały dzień garściami czerpaliśmy ze sklepowych półek pięknej jesiennej, słonecznej aury.

W końcu około godziny 18-tej wypatrzyliśmy w centrum zbierających się fanów FC Porto. Ci spotkali się w asyście leniwie zjeżdżającej się policji w centrum i stamtąd ruszyli pochodem. W odpowiedniej odległości od Portugalczyków również skierowaliśmy się na stadion. Fani Smoków nie byli bardzo liczni - na oko niecały 1000 osób, ale podczas pochodu cały czas śpiewali, machali ogromnymi flagami na kij, a także palili trochę piro. Na stadion było jak się okazało bardzo daleko, ale w sumie szło się przyjemnie za rozśpiewanym korowodem kibiców Porto.

W końcu naszym oczom ukazał się Stadion Zentral, obecnie obarczony nazwą RedBull Arena. Obiekt został wybudowany w niecce, w środku wałów, kiedyś tworzących trybuny starego obiektu. Stadion jest w miarę nowoczesny, budową przypomina o dziwo obiekt... FC Porto, czyli słynne Estádio do Dragão, które wydaje się jednak być bardziej zadbane i wykonane z lepszych materiałów. My jednak, jak niemal na każdym podobnym obiekcie w Europie, czuliśmy zazdrość i niezrozumieniem, dlaczego u nas nie mógł stanąć podobny obiekt, który mieści także około 42 tysięcy widzów, a jest o wiele lepiej, zgrabniej i sensowniej zaprojektowany, nie wspominając o wykonaniu.

Około godziny przed meczem zajęliśmy miejsca w pobliżu sektora FC Porto, bo to oni poza piłkarskimi emocjami zapowiadali się jako najciekawsza rzecz na stadionie, pełnym piknikowych szwabów, kupionych komercyjną papką.

Porto nie prezentowało się na sektorze dobrze wizualnie, głównie ze względu na brak kompletu i słabe wypełnienie sektorów. Wywiesili jednak mnóstwo małych flag, a także swoje najważniejsze płótno "Super Dragões". Machali także flagami na kij i przez pierwszą połowę bardzo głośno i melodyjnie śpiewali. Dla nas była to mega odmiana i inny świat, usłyszeć takie melodie z gardeł kibicowskich, bo nasza scena w tej kwestii ma zupełnie inną specyfikę.

Niestety fani Porto w drugiej połowie mocno przycichli, głównie za sprawą wydarzeń na boisku. Te były dla nich niekorzystne, bo po pierwszej połowie przegrywali 3:2, no i komercyjne śmiecie były od nich zdecydowanie lepsze.

Dla nas niemałym szokiem było tempo gry i poziom jej zaawansowania, bo to co widzieliśmy w pierwszej odsłonie zdawało się być inną dyscypliną sportu, niż kopanie się po czołach znane nam z naszych, polskich boisk.

Po spotkaniu fani Porto podziękowali swoim piłkarzom za walkę i jeszcze trochę pośpiewali, po czym zaczęli wychodzić powoli z sektora.

My także udaliśmy się w kierunku naszego busa i po północy ruszyliśmy do Polski. Wyjazd był przyjemną odskocznią w inny piłkarski i kibicowski świat. Piłkarsko był to jakiś kosmos, kibicowsko ciekawe doświadczenie. Miejscowi - wiadomo, sztuczny szmelc, zbudowany na antywartościach i antytezie wobec wszystkie w co jako kibice i fanatycy wierzymy, zaś goście całkiem ciekawa ekipa. Spodziewaliśmy się, że przyjadą w większej grupie, natomiast ci co byli najlepiej zaprezentowali się poprzez radosny, melodyjny doping.