Szachcior Soligorsk – Lech Poznań, 26.07.2018

Zaledwie tydzień po wyjeździe do Armenii i 4 dni po wizycie w Płocku czekał nas kolejny mecz wyjazdowy - tym razem na Białorusi.

   

Była to nasza pierwsza wizyta w tym kraju w historii. 10 lat temu swój mecz w Pucharze Intertoto, również z Szachciorem Soligorsk, grała Cracovia, a my nawet zbieraliśmy zapisy na tę wyprawę, ale ostatecznie wyjazd nie doszedł do skutku ze względów organizacyjnych. Wcześniej z Szachciorem mieliśmy grać właśnie my, ale po zamieszaniu z wycofaniem się Dyskobolii Grodzisk Wielkopolskich nas przesunięto do Pucharu UEFA. Tym razem obyło się bez zawiłości - w II rundzie trafiliśmy Górników z centralnej Białorusi i trzeba było jechać za ukochanym klubem.

Wyjazd oczywiście oznaczał mnóstwo formalności na czele z wizami. Ostatecznie wszystko udało się ogarnąć - mimo, że w przypadku osób obecnych w Armenii czasu było naprawdę niewiele. Ostatecznie na Białoruś dotarło 130 kibiców Lecha. Na meczu wspierała nas też 37 - osobowa grupa kibiców Spartaka Moskwa z flagą. Podróżowaliśmy różnymi środkami transportu, najwięcej autami i busami, część osób samolotem przez Mińsk. Samochodowcy na niektórych przejściach mieli zapewnione atrakcje w postaci 4-5 godzin oczekiwania i trzepania, ale nikt nie został cofnięty, ani nikt nie został za naszą wschodnią granicą.

Nasz bus wyruszył w środowy wieczór z Poznania, by w okolicach 7 rano dotrzeć do Grodna, czyli jednego z trzech najważniejszych miast na polskich Kresach Wschodnich, obok Wilna i Lwowa.

Każde z tych miast i Polacy, którzy tam mieszkają, przerobili własną wersję walki o polskość, ale Grodno wydaje się być najbardziej zapomniane i "medialnie" wyciszone. Po trzygodzinnym zwiedzaniu najładniejszych miejsc (naznaczonych latami komuny i "cudami" socjalistycznego budownictwa) udaliśmy się w dalszą drogę - do Wołkowyska.

Tam spędziliśmy trochę czasu i spotykając się z z Polakami, którzy podjęli nas w małej salce, gdzie własnymi siłami organizują lekcje dla polskich dzieci. Zostaliśmy ugoszczeniu górą kanapek, słodkim i herbatą, a także mieliśmy okazję trochę porozmawiać o ich nieciekawej i trudnej nieraz codzienności.

Wcześniej odwiedziliśmy kilka miejsc pamięci pomordowanych Polaków, z cmentarzem ofiar z Powstania Styczniowego i wojny polsko - bolszewickiej na czele.

Czas mijał, a nam zostało jeszcze trochę trasy więc pożegnaliśmy urokliwy, ale zapomniany Wołkowysk i ruszyliśmy do Baranowicz, gdzie mieliśmy hotel. Po szybkiej ogarze ruszyliśmy dalej, już w kierunku Soligorska na mecz. Po drodze nie było absolutnie nic, droga wiodła przez totalne pustkowia. Mimo to podróżowaliśmy pełni humoru, który poprawialiśmy sobie, jak cały wyjazd, lokalnymi specjałami, z bimbrem na czele.

W końcu naszym oczom ukazały się ogromne hałdy jakiś kopalnianych odpadów, które otaczają Soligorsk. Po krótkim przejeździe przez przemysłowe miasto, składające się praktycznie tylko z zakładów i blokowisk dotarliśmy pod stadionik. Na naszym parkingu w spokoju mogliśmy wysiąść z aut, odebrać bilety i wejść na sektor. Wejście prowadziło klepiskiem przylegającym do bieżni okalającej boisko. Stadion posiada jedną trybunę, a reszta to mur z bannerami reklamowymi. Daleko za jedną z bramek znajduje się też telebim.

My zajęliśmy miejsca na skraju trybuny bliżej wejścia na stadion, zaś na drugim jej krańcu znajdował się całkiem liczny młyn gospodarzy.

Ci ogólnie tłumnie wybrali się na stadion, jednak tworzyli publiczność wysoce piknikową. Żywiołowo reagowali na wydarzenia boiskowe, mieli całkiem sporo barw, a w młynie flagi na barierkach jak i te na kijach.

My nie wzbudziliśmy większego zainteresowania u miejscowych, może poza zaciekawionymi spojrzeniami, pełnymi respektu, ale zaznaczyć trzeba, że cała ich ekipa to raczej typowi fani piłkarskich emocji. Z ciekawostek można było zarejestrować wysoką uległość miejscowych poleceniom stewardów, nie wspominając o funkcjonariuszach OMONu.

Bezwzględnie respektowany był przez gospodarzy na przykład zakaz palenia, do tego stopnia, że w przerwie około 80 procent powolnie bieżnią wyszło z trybuny na plac obok trybuny, spaliło ćmika i znów powolnie wróciło na trybunę.

Jeśli o nas chodzi to powiesiliśmy na prowizorycznych barierkach i położyliśmy na krzesełkach nasze flagi, a także transparent z hasłem "Klima PDW", na którego wyjście z aresztu wszyscy czekamy z niecierpliwością.

Poza tym zaznaczyliśmy swoją obecność okrzykami, ale większego dopingu nie prowadziliśmy. W drugiej połowie krótki pokaz wokalny zaprezentowali nasi goście ze Spartaka.

Po meczu, podczas którego dość ostro mobilizowaliśmy piłkarzy, wyraziliśmy zdecydowaną nadzieję, że na Bułgarskiej wyszarpią awans.

Po meczu czekaliśmy aż stadion opustoszeje, a podczas oczekiwania mogliśmy podziwiać cudowny zachód Słońca i mieniące się różnymi kolorami niebo. Korzystaliśmy też chętnie z dość rozbudowanego cateringu, który oferował chyba kilkanaście rodzajów różnych smakołyków. Poza nimi, udało się także uzyskać też coś "spod lady", bo po chwili rozmowy, typ od cateringu zaserwował nam zabronione na stadionie piwo w kubkach od kawy. Podsumowując, jak na wyjazd na wschód przystało, pełno było na nim klimatycznych smaczków, zdarzeń i niecodziennych sytuacji, których raczej nie da się uświadczyć przy wyprawach na nudny i ułożony zachód Europy.

Po wyjściu ze stadionu i zapakowaniu do środków transportu każdy rozjechał się w swoją stronę, pogrążonymi w ciemnościach białoruskimi pustkowiami.

My dotarliśmy z powrotem do Baranowicz, gdzie trochę jeszcze podziałaliśmy do późniejszej nocy. Rano ruszyliśmy w kierunku Brześcia, gdzie sprawdziliśmy stadion miejscowego Dynama, znanego najbardziej z tego, że ichniejszym dyrektorem sportowym został słynny Diego Armando Maradona. Na stadionie sporo jest jego wizerunków, podobnie jak szejka który inwestuje w cały klub, a także w rozbudowę miasta. Rozbudowana ma też być baza klubu, a plany są naprawdę imponujące, chociaż wydają się totalnym absurdem i fanaberią, których niestety w futbolu coraz więcej.

Po stadionie Dynama wybraliśmy się jeszcze do Twierdzy Brzeskiej, po czym udaliśmy na granicę. Stamtąd po 5 godzinach oczekiwania ruszyliśmy do Poznania, gdzie byliśmy nad ranem.

W domach powitała nas wiadomość o skróceniu kary przez Wojewodę, która jednak póki co niewiele zmienia w kibicowskich planach, bo na rewanżu z Białorusinami nie będzie prowadzony doping i nie będą wieszane flagi, o czym poinformowały Grupy Kibicowskie.

Wielu z nas czeka jednak na samo rozstrzygnięcie rewanżu, bo jeśli będzie korzystne, to 9 sierpnia czeka nas wyprawa w przeciwnym kierunku - do belgijskiego Genk. Drużyna z tego miasta pokonała w II rundzie luksemburski CS Fola Esch 5:0, także udział Belgów w III rundzie jest pewny. Miejmy nadzieję, że nasi piłkarze wyszarpią awans, mimo utrudnionych warunków, czyli naszej nieobecności i nasza pucharowa przygoda nie skończy się wcześniej niż w zeszłym sezonie.

W niedzielę podejmujemy na Bułgarskiej Cracovię, ale na ten mecz obowiązują jeszcze kary.

***

Najbliższy mecz - u siebie z Cracovią - odbędzie się bez naszego wsparcia, w związku z karami nałożonymi przez Wojewodę Wielkopolskiego. Podobnie rzecz ma się z rewanżem z Szachciorem, tyle, że tam brak dopingu i flag jest podyktowany decyzją Grup Kibicowskich. Najbliższą okazję na wspieranie Lecha na żywo mamy więc 5 sierpnia we Wrocławiu. Więcej informacji w temacie wyjazdowym na forum. Wszystkie możliwe wyjazdy w tej rundzie opisaliśmy w tradycyjnym informatorze.