Żetysu Tałdykorgan – Lech Poznań, 12.07.2012

Nie mamy szczęścia w losowaniach europejskich pucharów. Nie tylko notorycznie omijamy najatrakcyjniejszych rywali, to jeszcze ślepy los rzuca nas regularnie na krańce Europy, które zresztą z Europą już nic wspólnego nie mają. W ramach pierwszej rundy jedziemy nieść cześć Wielkiemu Lechowi blisko 6 tysięcy kilometrów od Poznania – Kolejorzowi przyszło się bowiem zmierzyć z leżącym na chińskim pograniczu zespołem Żetysu Tałdykorgan z Kazachstanu. To najdalsza nasza wyprawa kibicowska i, patrząc na mapę, najdalsza potencjalna wyprawa polskich klubów w ramach pucharów…hmm... europejskich. Dramat lekki, długo nie mogłem uwierzyć w wyniki losowania. Nazwy docelowej miejscowości musimy nauczyć się dość szybko. Czasu na organizację jest skandalicznie mało, ledwie nieco ponad dwa tygodnie. Oczywiście nie ma lekko, zaraz człowiekowi się wkręca, wyjazd rzecz święta. Ktoś znajomy jedzie? No pewnie jedzie. Finansowo ogarnąć się da? Jakoś się uda. Losowanie? Pierwszy mecz u siebie, jest szansa zdążyć. Szybkie przejrzenie Internetu – ciekawy rejon, pustynie, stepy, kaniony. No i góry. Czyli co, jadę? Pal licho wszystko – wiadomo, że jadę!   Problemów jest cała masa, począwszy od sporych kosztów przelotu do Kazachstanu i działania już na miejscu w Azji, a na wizach skończywszy. Przede wszystkim wizy, ostatecznie swoją odbieram rzutem na taśmę na… trzy godziny przed wylotem do Kazachstanu. Całe życie na przypale. Większość ekipy leci czarterem z klubem, część wariatów zdecydowała, że po meczu na własną rękę spróbują przedostać się kontynentem do Azerbejdżanu, część rusza kilka dni przed wszystkimi, żeby zasmakować nieco przygód w Azji. W tej ostatniej grupie jestem ja.   Przedsmak Kazachstanu mamy już w samolocie, kiedy jakiś napuszony tubylec zagania nas do obsługi samolotu, a potem już na lotnisku uprzejmie zgłasza uwagi celnikom. Jesteśmy w Ałmaty. Z miejsca ruszamy na północny wschód – chcemy zobaczyć Kanion Szaryński, chyba najefektowniejsze miejsce w najbliższej okolicy. Kazachstan jest krajem potężnym, więc najbliższa okolica oznacza wiele godzin jazdy autem. Udaje nam się na szczęście złapać sensownego kierowcę, który godzi się nas podwieźć gdzie chcemy. Jedziemy dużym vanem. Kierowca – Czeczeniec, jego ziomek z Gruzji i nas czwórka Polaków. Jak wszędzie na wschodzie gaducha się kręci wyśmienicie. Szybko zresztą schodzimy na politykę. Gruzin szczerze nienawidzi panującego już przeszło 20 lat w Kazachstanie prezydenta Nuzurbajewa. „On blać!” i rewolucji trzeba, taka jest jego recepta, by ludzie stali się równie bogaci jak i sam Kazachstan – pełen gazu i ropy. Skoro gaducha z Gruzinem to trzeba było też nawiązać do Smoleńska. „Putin ubił Kaczyńskiego, wy tego w Polsce nie wiecie?”, Czeczeniec kiwa głową z pełną aprobatą. Nie dziwi mnie to, słyszałem to wielokrotnie przy okazji wcześniejszych meczów Kolejorza na Kaukazie. Żetysu Tałdykorgan - Lech Poznań, 12.07. 2012 (1) Dojeżdżamy do Kanionu, robi niesamowite wrażenie. Łazimy tam dobrą godzinę. Rozklejamy wlepki, też te antykomunistyczne. Kazachowie wciąż jeszcze nie zdecydowali za którego ustroju było lepiej, część zagadanych jest za sojuszem, części odpowiada stan obecny. Trzeba promować nasze wartości. Noc spędzamy pod samą chińską granicą w miejscowości Zarkent. Typowe pogranicze. Idziemy do hotelu, gdzie – wg miejscowych – tylko gruz i dziwki. Łapiemy też miejscowego kierowcę i jedziemy razem na samą granicę. Skoro w żartach przed wyjazdem przewijało się, że gramy z „Chińczykami” w LE to wypadało te Chiny zobaczyć, chociaż przez płot. Nie spędzamy tu znowu dużo czasu. Raz, że syf i obskurnie. Dwa – trochę przerażająco, jak w wielkim gułagu tylko druty kolczaste i stanowiska strzelnicze z potężnym reflektorem śledzącym. Trzy – strażnik coś zaczyna do nas sapać, machać rękami i ogólnie nie wiadomo co mu może do łba strzelić. W Zarkencie jest też ciekawy meczet, zbudowany na bazie buddyjskiej świątyni, totalne dziwo. Wpływy chińskie aż nadto widoczne, po prostu Azja.   Następny dzień mija nam na podróży powrotnej do Ałmaty, gdzie wieczorem będzie już ekipa czarterowa. Zatrzymujemy się po drodze przy jakiejś wsi, spijamy świeżo zrobiony kumys z końskiego mleka. Egzotyka pełną gębą. Nie możemy sobie też odmówić zajechania pod jeziorko, w skali kazachskiej niewielkie, dla nas wygląda jak morze – ma przeszło sto kilometrów długości. Dość już jednak tej turystyki, zobaczyć znajome stadionowe pyski tyle tysięcy kilometrów od domu to rzecz bezcenna i nie do opowiedzenia, to trzeba przeżyć. Wieczór mija na wspólnej zabawie wszystkich Lechitów w lokalach w Ałmaty. Nadchodzi dzień meczu.   Podczas gdy zdecydowana większość odsypia trudy nocnych baletów, my zrywamy się o 5 rano, żeby pojechać w góry Tien-Szan. 40 kilometrów jazdy autem i zapominamy o mieście, wdrapujemy się na blisko 2900 m.n.p.m. do obserwatorium astronomicznego, później idziemy jeszcze do leżącego kilkaset metrów niżej jeziora. Całość we mgle wygląda super. Punkt 11 startujemy kibicowskim autokarem do Tałdykorganu. Z Ałmaty to 5h jazdy przez step. Można powiedzieć, że zaczynamy drugi wyjazd :-) Na miejscu trudno uwierzyć, że odbędzie się tu jakikolwiek mecz piłkarski. Okolice stadionu (skądinąd relatywnie nowoczesnego) zabudowane są wiejskimi drewnianymi chatkami, brak chodników, żadnej infrastruktury. W Azji mnie to kompletnie nie dziwi, ale w końcu przyjechaliśmy tu w ramach europejskich pucharów. Nasi nażelowani piłkarze muszą przeżywać lekki cywilizacyjny szok :-) Żetysu Tałdykorgan - Lech Poznań, 12.07. 2012 (2) Wstęp na trybuny za damkę, więc wykupujemy wszystkie programy meczowe, co by mieć jakąkolwiek pamiątkę z tego wiekopomnego wydarzenia. Ostatecznie w Tałdykorganie melduje się nas 51 osób. Okupujemy wszystkie okoliczne grille z baraniną, osiedlowy magazyn z piwem zalicza, zdaje się, utarg miesiąca.   Dostajemy chyba najlepsze miejsce na całym stadionie, pod dachem na górnym piętrze głównej trybuny. Co pozytywnie zaskakuje to mnóstwo miejsca do wieszania flag, których do Kazachstanu przyjechało z nami sporo. Na sektorze zawisły flagi: Poznań, Fanatycy, Lech Poznań; poszczególnych grup: Ultras Lech, e-Lech, WiW on Tour; FC: Piła, Koło, Wągrowiec, Kościan, Pobiedziska, Lubuski i Owińska.  Mecz bez historii. Pomijając wakacyjne podejście naszych kopaczy – spodziewałem się czegoś więcej po miejscowych fantach, sam w sumie nie wiem czego. Na pewno większej frekwencji. I pewnie tej odrobiny „Azji” na trybunach, tymczasem było odpustowo i bez emocji. Poza grupką dzieciaków krzyczących  „Żetysu! Żetysu” główny ciężar dopingu spoczął na oddziale wojska, wykrzykującego coś na komendę. Nawet nasza zabawa bez koszulek nie zrobiła na nikim większego wrażenia, ograniczyli się do buczenia i innych dziwnych dźwięków. To jest absolutnie niepiłkarski naród, żyją wyłącznie zapasami, boksem i podnoszeniem ciężarów. Mamy to gdzieś, bawimy się po swojemu. Zrobiło to na Kazachach zdaje się niemałe wrażenie. Żetysu Tałdykorgan - Lech Poznań, 12.07. 2012 (3) Pierwszy raz w życiu wracam z meczu do autokaru w szpalerze miejscowych bijących owacyjne brawa, heh. Zanim ruszymy z powrotem do Ałmaty chłopaki od nas wskakują na stelaż przy bramie wejściowej i przykrywają flagą jedną z wielu podobizn prezydenta Nuzurbajewa. Podróżując te kilka dni po Kazachstanie widzieliśmy go już nauczycielem, strażakiem, robotnikiem w fabryce, rolnikiem. Tutaj, pod stadionem Żetysu z uśmiechem na twarzy niesie ogień olimpijski… Cyrk. Do czasu, zanim nie przykryli go nasi „Fanatycy”, co oczywiście wywołuje konsternację u mundurowych. Coś tam próbują reagować, ale widząc naszą przeważającą liczbę i kompletną ignorancję ich panicznych poleceń odpuszczają. „Jesteśmy zawsze tam…”!!!   Powrót mija nam na zabawie przy kazachskich hitach puszczanych przez kierowcę. Po lewej i po prawej, za nami i przed nami – step. Tak gwieździstego nieba nie ma nigdzie w Europie, za dużo cywilizacji. Tutaj pustka. I gdzieś w niej przez noc sunie nasz wesoły autokar. Jeszcze kilka godzin i będziemy w Ałmaty. Stamtąd już prosta droga do domu. Miłości do Lecha nie mierzymy w kilometrach.